Bliny z mąki gryczanej z łososiem
3 czerwca 2012

Bliny można jeść właściwie na każdy posiłek w ciągu dnia, ze śmietaną, wędzonym łososiem i koperkiem lub na słodko – z konfiturami lub miodem. Robię je z mąki gryczanej i pszennej, z dodatkiem drożdży. Mąka gryczana nadaje im charakterystycznego smaku, odróżniającego je od innego rodzaju placków. Tradycyjnie bliny je się na Ukrainie, na Białorusi i w Rosji, w Warszawie serwowane są między innymi w Babuszce. Cały proces przygotowania trwa ponad godzinę: kwadrans czekamy na wyrośnięcie drożdży i trzy kwadranse na wyrośnięcie ciasta. Poniższe ilości składników są na 12-14 placków.

    Składniki:
  • 150 g mąki gryczanej
  • 50 g mąki pszennej
  • 10 g świeżych drożdży
  • 1 szklanka mleka
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki masła
  • 1 żółtko
  • olej do smażenia
  • 200 g wędzonego łososia
  • 1 opakowanie gęstej, kwaśnej śmietany
  • świeży koperek

Przygotowanie:

  1. Zaczynamy od podgrzania mleka. Następnie 1/4 szklanki ciepłego mleka dokładnie mieszamy z drożdżami, łyżką mąki pszennej i cukrem. Odstawiamy na 15 minut, żeby drożdże wyrosły.
  2. Do miski przesiewamy mąkę gryczaną i pszenną, dodajemy sól, żółtko i wlewamy roztopione masło.
  3. Dolewamy mleko z drożdżami i zaczynamy mieszać, dolewając pozostałą ilość mleka. Ciasto musi być gładkie i mieć konsystencję śmietany kremówki.
  4. Przykrywamy miskę ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce i czekamy trzy kwadranse, aż ciasto wyrośnie.
  5. Na patelni rozgrzewamy olej roślinny i smażymy po 2-3 placki na raz. Przerzucamy je na drugą stronę gdy mają złoto-brązowy kolor.
  6. Jemy na ciepło, przybrane kwaśną śmietaną i łososiem.

Wasze komentarze
14 marca 2012

Witam serdecznie, Wusia!

Trafiłam na tę stronę, ponieważ mnie też zaskoczyła kiedyś druga nazwa grzybów słomianych i mnie wchłonęło :)

Zostawiam wpis tutaj, przy najnowszym poście – jestem tak bardzo ucieszona, że trafiłam na stronę Pasjonatki przeróżnych smaków i aromatów, że nie mam pojęcia, czy komentować wszystkie wpisy po kolei, ekscytując się coraz bardziej, czy może na początek ograniczę się jedynie do jednego wpisu.

Lubię czytać o daniach, w których nie ma listy składników zastępczych. Kiedy czytam, że wszystko można zastąpić wszystkim i będzie dalej tak samo smakować, zgrzytam zębami. A tu proszę, jakie przyjemne zaskoczenie. Jest jedna listka składników i tak ma być :D

Pozdrawiam serdecznie i skoro na jutro szykuję makaron, to z chęcią skorzystam z dobrego przepisu na spaghetti alla carbonara. Albo cannelloni z mięsem w sosie pomidorowym… Albo domową pasta pappardelle z sosem puttanesca. Do jutra już się zdecyduję.

Cieszę się, że w 2009 postanowiłaś jednak nie wpisywać przepisów do zeszytu, tylko wrzucać je tutaj. O tak, bardzo się cieszę.

Pozdrawiam!

Wusia
18 marca 2012

Bardzo, bardzo dziękuję za komentarz! Był tak miły,że aż zadzwoniłam do Wusia i przeczytałam mu go na głos :) Gotujemy w sposób jak najbardziej zbliżony do oryginału, stąd brak subsytutów. I ciszę się, że komuś oprócz nas się to też podoba. Serdecznie pozdrawiam!

mrus
19 marca 2012

Zgadzam się w zupełności z Zytka Maurion, blog naprawdę świetny! Podobnie jak autorka lubię odkrywać nowe smaki i aromaty, a najlepiej jeśli jest to jeszcze żywność naturalna:) Nie wiem czy słyszałam, ale w kwietniu w Warszawie odbywają się Targi Produktów Regionalnych „Regionalia”. Tematyka obejmuje zarówno produkty regionalne, jak i z całego świata. Dla mnie brzmi bardzo interesująco, może i Tobie też się spodoba:) Pozdrawiam!

18 lipca 2012

Wusiu, witaj ponownie.

Cieszę się niezmiernie, że mój komentarz sprawił Wam przyjemność. Ja miałam tyle radości przy odkrywaniu kolejnych przepisów

Wpisuję się znów pod blinami. Tym razem z bardzo prozaicznego powodu – kupiłam mąkę gryczaną i jak tylko minie mi przejedzenie bruschettą (korzystając z lata, dorzuciłam jak poprzednio mnóstwo świeżej mięty, co gorąco polecam spróbować), biorę się za bliny. Jestem wprawdzie miłośniczką suszonych drożdży i jakieś 10 opakowań czeka na wykorzystanie, ale może świeże się znajdą jutro w lodówce. I może jeszcze będą zasługiwały na miano „świeżych” :)

Pozdrawiam!

Skomentuj artykuł

 *